wtorek, 8 października 2013

...zza krzaka

Czytelnictwo w Polsce już dawno leży. Podobno 60% Polaków nie przeczytało w tym roku jeszcze ani jednej książki - jeśli to prawda, no to groza. Cóż zatem pozostaje ludziom którzy pragną zostać pisarzami i podarować społeczeństwu perły swego umysłu tudzież duszy? Bardzo niewielu z nich przebije się do poważnych wydawnictw, reszta na którymś etapie drogi utknie z ręką w nocniku po łokieć. Cóż, nie każdy - nawet gdy umie zgrabnie składać słowa - ma zadatki na geniusza literatury. Czasem zaś po prostu ma pecha i jego twórczości nikt nie przeczyta tylko, żeby oszczędzić sobie trudu, od razu wyrzuci. Tak też bywa, i to jak jeszcze! No więc co dalej? Jeśli ktoś jest bardzo uparty, posiada kilka tysięcy na zbyciu i ma do tego naturę samobójcy, pozostają mu tytułowe "krzaki".

Cóż to jest "krzak"? Jest to tak zwane "wydawnictwo ze współfinansowaniem", które w istocie swojej jest pośrednikiem między autorem, drukarnią i najczęciej podrzędnym dystrybutorem. Jeśli książka jest bardzo dobra lub też po prostu wyjątkowo "chwytliwa", takiemu samobójcy zwróci się wydatek i jeszcze trochę zarobi. Jeśli dzieło jest takie sobie albo dobre lecz niekomercyjne - traci się i pieniądze, i wiarę w siebie. Autorzy którzy wydali jedną lub drugą powieść w którymś z normalnych wydawnictw, odradzają taką drogę. W gruncie rzeczy mają rację, choć forma w jakiej to robią, bywa wyjątkowo niemiła. Skupmy się jednak na meritum sprawy - czy warto? W jakiejkolwiek szerszej mierze, nie warto, jednak najczęściej alternatywą pozostaje jedynie szuflada lub męczenie wielkich wydawnictw całymi latami z nadzieją, że coś to w końcu da. Tyle że może nie dać, a w dodatku zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że ktoś napisze i wyda książkę bardzo podobną do naszej - przez przypadek lub zwykłą kradziez pomysłu, co się zdarza. Wtedy możemy naszą powieść od razu wyrzucić do kosza.

Rzeczywiście jedynym ratunkiem bywa skorzystanie z usługi "krzaka". Jednak gdy już się na to decydujemy, musimy mieć świadomość, że:
a) trzeba być baaaardzo czujnym, bo w takich wydawnictwach korekta, skład i oprawa graficzna zwykle szwankuje i trzeba bezustannie patrzeć "fachowcom" na ręce
b) umowę przed podpisaniem należy niezwykle uważnie przeczytać, w razie wątpliwości negocjować
c) gdy wydawnictwo odmawia negocjacji, zwrócić się do innego
d) wszelkie obietnice składane przed wpłaceniem pierwszej raty trzeba traktować z przymrużeniem oka
e) najlepiej nie mieć za wiele nadziei na sukces
f) za to trzeba wpisać w rubryce "straty" również fakt, że prawdopodobnie nikt z poważnego wydawnictwa już nie będzie chciał z nami gadać... ale ponieważ i tak nie chciał, więc strata nie jest taka znów duża.

Punkt "f" uświadomiono mi dopiero na tegorocznym Polconie i po przejściu pierwszej urazy oraz pierwszego focha muszę przyznać, że ludzie, którzy mi tę kwestię tłumaczyli, mieli dużo racji. Podobnie jak poważny naukowiec, publikujący swą pracę w czasopiśmie "Czwarty wymiar" traci swą wiarygodność, tak i pisarz, który sam decyduje o tym czy jego dzieło nadaje się do publikacji czy nie - wygląda po prostu mało poważnie. To trochę jak z oceną mamusi - wiadomo, że jej dzieciątko jest najsłodsze i najpiękniejsze, a gdy ktoś mówi, że pociecha ma nos jak kartofel lub krzywe nogi, od razu staje się wrogiem numer jeden. Nie chcę tu sprawiać wrażenia, jakobym zgadzała się ze zdaniem pana Pawła Pollaka (który sam zasługuje na osobne studium psychologiczne), że autorzy korzystający z "krzaków" nie zasługują na miano "pisarza". Pisarzami są, czy to się komu podoba czy nie, a wartość ich dzieł i tak zweryfikują w końcu sami czytelnicy. Powinni oni jednak mieć świadomość tego, w co się pakują i nie narzekać zanadto, gdy po miesiącu od wydania jeszcze ludzie nie noszą ich na rękach. Popularności większej niż w gronie znajomych z FB mogą się w ogóle nie doczekać, choć oczywiście nie jest prawdą, że skorzystanie z usług "krzaka" przekreśla ich jako literatów.

Taka droga na skróty ma swoje mankamenty, być może nawet duże, jednak pozwala "zaistnieć", na dobre lub na złe. Trzeba tylko roztropnie wybrać wydawnictwo. A to bywa niełatwe, bo zazwyczaj nie wiadomo, które z nich ma zamiar choć częściowo dotrzymać obietnic zawartych w forreklamie, a które tylko ordynarnie poluje na kolejnego jelenia. Ja do tej pory skorzystałam z usług trzech, z których tylko jedno okazało się rzeczywiście uczciwe i w pełni wiarygodne - namiarami służę na żądanie. Na dwóch pozostałych przejechałam się zdrowo i właściwie doświadczenia z nimi powinny mnie skłonić do "zwinięcia chorągiewki", jestem jednak osobą nad wyraz upartą. Dziwić się należy, że jeszcze nie wyrosły mi długie, kosmate uszy. Pasowałyby jak ulał do mej głupiej gęby.

Sam upór by mi nie wystarczył, pomogli wszakże czytelnicy, którym moja pisanina przypadła jakoś do gustu. Niektórzy, widocznie masochiści, posunęli się nawet do tego że dalszych tomów ode mnie żądają! Ponieważ żaden pisarz nie powinien lekceważyć czytelników, trza więc brnąć dalej. A jak? A wydając w kolejnym "krzaku". Nie pozostało mi zresztą nic innego, skoro żadne poważne wydawnictwo nie jest mną zainteresowane i raczej już nie będzie.
Pocieszam się myślą, że nie tylko orzeł może dolecieć na Parnas, jaszczurka też potrafi się tam wczołgać.

3 komentarze:

  1. Wszystko fajnie, tylko taki pisarz świeżynek może wybrać to wydawnictwo, które... jego wybierze. Dopiero jak zapracuje na markę to być może.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A niby dlaczego ja siedzę w "krzakach"?

      Usuń
  2. Być może to, co Pani pisze, nie jest jeszcze na tyle dobre warsztatowo?
    Nie czytałam Pani książek, nie oceniam, zastanawiam się jedynie.
    Co do wydawnictw typu print on demand, płacenie za wydanie, selfpublishingu mam mieszane uczucia.
    Uważam że dobrze, że taka opcja istnieje - jak chce się wydać np. publikację naukową dla wąskiego grona specjalistów, materiały pokonferencyjne albo chce się po prostu wydać swoją twóczość bardziej symbolicznie, dla rodziny i bliskich, może to być fajne rozwiązanie.
    Ale jeśli myślimy o karierze literackiej, to nie jest to dobra droga. Dziełko wydane w ilości trzystu egzemplarzy, bez rzetelnej korekty, redakcji, bez reklamy, sukcesu nam nie zapewni. A wręcz przeciwnie, może zaszkodzić, sprawić że będziemy kojarzyć się z grafomanami którzy nie mogą wydać inaczej i sprawić, że trudno nam będzie zerwać z taką etykietą.
    Kiedy obserwuję środowisko selfpublisherów, widzę, że to są w dużej mierze osoby bezkrytyczne wobec własnej twórczości, niepotrafiące spojrzeć na nią trzeźwo, pracować nad warsztatem - zamiast tego chcą wydania już teraz, nie ważne jak, po najmniejszej linii oporu.
    Sama nie mam dużego doświadczenia - wydałam jedynie tomik wierszy, w wydawnictwie które płaci autorom, nie odwrotnie. Co prawda nakład był mały i specjalnie na tym nie zarobiłam, ale przeszłam pewną selekcję, dało się. Moja koleżanka, studentka ASP, bez żadnych pleców, wydała w renomowanym wydawnictwie swą pierwszą powieść, o anoreksji. I takich przypadków jest dużo, tylko trzeba pracować nad tekstem i szturmować wydawnictwa. To ciężka droga, ale realna.

    OdpowiedzUsuń