czwartek, 6 czerwca 2013

Najnowszy "Star Trek", czyli...

Najnowszy Star Trek, a raczej dzieło udające bez powodzenia, ze ma coś wspólnego z ideą Gene'a Roddenberryego, mam już za sobą. Wrażenia... z tym będzie nieco trudniej. Pierwsze i najlepiej oddające mój stan duchowy po seansie mogłoby najpełniej określić trzyliterowe słowo. TFU!

Dlaczego jestem tak surowa wobec biednego JJ i jego znamienitego obrazu na miarę XXI'go wieku? Cóż, gdy ktoś oczekuje wybuchów, strzelanin i pościgów, minimum kwadrans takiej akcji na każde dwie minuty tekstu, to jest to film dla niego. Tylko proszę nie nazywać go Trekiem.

Gene Roddenberry ustawił poprzeczkę dość wysoko, choć wielu ludzi tego dziś nie dostrzega. Jego serial mówił o rzeczywistych [problemach społecznych, zwłaszcza o tych, o których mówić nie wolno było, łamał schematy i bazował na naukowych podstawach, proponując nowe rozwiązania techniczne. Zainspirował całe pokolenia naukowców i inżynierów. Kogo i do czego może zainspirować film JJ Abramsa? Chyba do tego, by się schlać i komuś wkopać bez istotnej przyczyny.

Kiedyś Star Trek pokazywał wzorce pozytywne - ludzi, którzy dzięki pracy nad sobą stawali się lepsi, a dzięki ciężkiej pracy w ogóle i uczciwości awansowali w hierarchii służbowej. Ludzi, którzy walczyli o lepszy świat, bardziej przyjazny dla wszystkich. JJ Abram,s pokazuje nam ludzi, którzy jeśli coś osiągają, to protekcją (neoKirk) albo tyłeczkiem (Uhura). Nota bene w pierwszym filmie przebojowa czarnulka dostaje miejsce na Enterprise, bo zna wszystkie dialekty Klingonów. W nowym filmie przyznaje, że mówi ich językiem "ledwie trochę". Czyli Spock, zmieniający jej przydział, postąpił rzeczywiście wyjątkowo nagannie.

I tu przechodzimy do kreacji aktorskich - neoSpock, prywatnie Zachary Quinto.... w życiu nie widziałam bardziej nietrafionej postaci. Fatalnie napisana i jeszcze gorzej zagrana. Oryginalny Spock był jednocześnie człowiekiem i Wolkaninem. Nowy nie sprawdza się w żadnej z tych ról. NeoKirk, czyli Chris Pine - drewniany w scenach wymagających grania emocjami, irytująco infantylny w pozostałych. NeoUhura - takaq sobie, ani zła ani dobra. Gdzie jej do Nichelle Nichols. Sytuacje ratują nieco Karl Urban jako dr McCoy i główny złoczyńca Khan - w tej roli brytyjski aktor Benedict Cumberbatch. Gdyby nie oni, film byłby w ogóle nie do oglądania. O wątpliwej kreacji Alice Eve w roli Carol Marcus litościwie nie wspomnę.

Nie da się ukryć, zawiodłam się na tym filmie strasznie. Wiedziałam, że nie będzie to arcydzieło, ale nie nastawiałam się na strzelankę w typie Transformersów. Na domiar złego film był zwyczajnie... nudny, szczególnie ku końcowi. Chyba jestem już za stara na nowe formy.

Tylko czemu "nowe" to musi oznaczać "głupie i pozbawione jakichkolwiek głębszych wartości"?

1 komentarz: