czwartek, 9 sierpnia 2012

Jak samemu sobie dokopać - instruktaż

Przyznaję, zawiniłam. Zawiniłam nie czymś wielkim, ale zwykłą głupotą. Jak pisała nieoceniona pani Orzeszkowa, ludzka głupota to wielki i wieczny kamień, a o własną można się tak uderzyć, ze nie daj Boże nikomu.

Posyłając swą pracę na konkurs nie liczyłam na pierwsza nagrodę. Prawdę mówiąc, nie liczyłam na nic poza ew. wyróżnieniem, gdyż moją książkę odrzucili wszyscy wydawcy. Po zakończeniu przyjmowania prac,. gdy dowiedziałam się, że zgłoszono ich 317, położyłam lachę na całej sprawie i nawiązałam współpracę z WFW. Zapłaciłam za wydanie. Przyznaję. Wydałam wszystko, co miałam i jeszcze pożyczyłam. Gdy ogłoszono wyniki, byłam tak zaskoczona i szczęśliwa, ze wyleciał mi z głowy punkt regulaminu, mówiący o zakazie publikacji dla zdobywcy pierwszego miejsca. Pozostałe prace obowiązywał tylko termin do ogłoszenia werdyktu jury - ponieważ tak wyliczyłam sprawę z umową wydawniczą, że książka miała ukazać się dopiero w maju, myślałam, ze sprawa jest załatwiona. Dopiero, gdy wydawnictwo Novae Res przysłała mi wzór umowy, coś mnie tknęło, by odszukać regulamin i spojrzeć do niego. Zorientowawszy się, jakie cholerne głupstwo palnęłam, napisałam uczciwie, jak się sprawy mają i zadeklarowałam, ze odeślę nagrody rzeczowe. Jakiś czas wydawnictwo milczało, widać ogłuszone moją bezczelnością, ale dziś dostałam oficjalne pismo, a w nim:

1. Praktycznie, choć nie wprost, oskarżono mnie o oszustwo
2. Napisano, ze podważyłam wiarygodność organizatorów
3. do tego zniszczyłam wizerunek wydawnictwa
4. Czerpię nieuzasadnione korzyści
5. Mam wszystko zwrócić
6. I zapłacić 8 000 tytułem odszkodowania.

Przeoczono, że oszukałam najwyżej siebie, bo gdybym choć w minimalnym stopniu liczyła na nagrodę i darmowy druk, nie wygłupiłabym się tak przeraźliwie, by podpisywać umowę z WFW (skądinąd świetną firmą) i płacić.
Również nie wzięto pod uwagę, ze swój wizerunek w internecie budowałam latami i nie zależy on od ich konkursu.
Nie wiem, o jakich korzyściach mowa - do tej pory jedynie dokładam do tego interesu, a nie zarobiłam na nim jeszcze złamanej złotówki.
Marny byłby wizerunek organizatorów i wydawnictwa, gdyby mogła go naruszyć głupia pomyłka.
Co do kwoty odszkodowania, nie wypowiem się, ale sądząc ze wszystkich znaków na niebie i ziemi nie osiągnęliby ze mnie takiego zysku przez co najmniej dziesięć lat.Za to odpadł im wydatek na reklamę i druk.

Usiłuję żartować, ale tak naprawdę czuję się jak ostatnia szmata i dobrze mi tak.
Jedyne, co teraz można u mnie podziwiać, to moja kreatywność.

W końcu ilu znacie literatów, którzy sami sobie robią koło pióra?

2 komentarze:

  1. Literaci, artyści w ogóle, twórcy często bujają w obłokach i przyziemne sprawy zaniedbują, rozumiem cię bardzo dobrze.

    Powodzenia

    OdpowiedzUsuń
  2. No cóż. Każdą umowę przed podpisaniem warto przeczytać. Nieważne czgo dotyczy. To podstawowa zasada.
    Pozdrawiam
    http://leslie-warszawski.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń