czwartek, 17 maja 2012

Bitwa parszawska

Jerzy Hoffman to legenda polskiej kinematografii. Nikt temu nie zaprzeczy. Jednak nawet legenda może wreszcie stracić swój lwi pazur. Wtedy najlepiej się z tym pogodzić i, mówiąc kolokwialnie, nie robić sobie obciachu. Nikt nie pozostaje wiecznie młody i sprawny. Nie wstyd przestać tańczyć, gdy nogi już nie te, ale wstyd podrygiwać reumatycznie na scenie i nazywać się wielką primabaleriną

Tak się złożyło, że "Bitwę warszawską" oglądałam z facetem będącym ekspertem od broni. Już wcześniej zreferował mi dość mętnie pierwsze sceny filmu, cytuję:
- Są jacyś ruscy, którzy mówią coś, ale nie wiem co, bo to polski film i jak ktoś obcy mówi to nie tłumaczą, Urbańska robi pra pra papa na scenia machając cyckami,i dyskutują o ruchu onanistycznym,

No i rzeczywiście. Dalej nie było wiele lepiej.Oprócz hektolitrów patriotyzmu mocno wątpliwej jakości mamy:

1.Rok 1920, a Stalin stary, obwisły i spasiony
2.Rosjanie mają pojazdy pancerne z 1927
3.Są Amerykanie, ale połowa ludzi nie wie co mówili, bo nie tłumaczą
4.Siedzi Piłsudzki i opowada że kawaleria to przeżytek i teraz to tylko czołgi i samoloty są coś warte (było dokładnie na odwrót)
5. Żołnierze używają Browninga Hi-Power, wypuszczonego w 1935
6. Żałosne śpiewy Urbańskiej przeistaczają ten film w marną kopię Bollywood
7. Ale fakt, jest oryginalnie, pierwsza "kurwa" leci dopiero w 22 minucie, a zamiast tradycyjnej gołej baby mamy zbliżenie gołych jajec starego oblecha.

Nawet po nad wyraz spartaczonym "Ogniem i mieczem" miałam jeszcze nadzieję. Po tym spektaklu nie mam już wątpliwości. Polski film umarł - i to na dobre.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz